Boski Aperol Spritz, co to takiego?

Wybiła właśnie 40. edycja „W 80 blogów dookoła świata”. Jest to co miesięczna akcja blogerów zrzeszonych w fejsbókowej grupie „Blogi językowe i kulturowe„. Tutaj znajduje się link do naszego grupowego bloga.

40. edycja to „Alkohol w kraju X”. W moim przypadku, wiadomo, we Włoszech. A jak Włochy to albo wina albo…Aperol Spritz.

Aperol Spritz to jeden z najpopularniejszych, jeśli nie najpopularniejszy włoski drink. Można go zamówić niemalże we wszystkich barach we Włoszech.

Co to takiego jest ten Aperol Spritz i skąd pochodzi jego nazwa? Sam Aperol to nic innego jak słodki likier, w którego skład wchodzą goryczka, gorzka pomarańcza, rabarbar oraz wyciąg z ziół. Ma niecałe 11% zawartości alkoholu. Jest koloru czerwono-pomarańczowego. Aperol Spritz natomiast jest to musujący drink o pomarańczowej barwie, którą nadaje mu likier. W jego skład wchodzi prosecco, czyli musujące wino, likier, woda sodowa oraz plasterek pomarańczy, a także kostki lodu. Wierzcie mi, że nie ma nic lepszego i orzeźwiającego w upalne włoskie dni jak właśnie Aperol Spritz.

Swoją nazwę Aperol Spritz zawdzięcza wyczerpującym wojnom z czasów Napoleona. Wojska austriackie zajęły region Veneto. Żołnierze nie byli kompletnie przyzwyczajeni do włoskich upałów, a nie mieli przy sobie swojego ulubionego trunku, jakim było oczywiście piwo. Raczono się, więc włoskim winem. Nie trudno sobie wyobrazić, jakie skutki powodował upał i wino. Dlatego też zaczęto rozcieńczać wino gazowaną wodą mineralną. Proces ten nazywa się szprycowaniem. Z czasem proces ten rozpowszechnił się i zaczęto dodawać wodę gazowaną do innych drinków.

Składniki (321):

  • 3 miarki wina musującego Prosecco
  • 2 miarki likieru Aperol,
  • 1 miarka wody gazowanej,
  • plasterek pomarańczy do przybrania,
  • kostki lodu, dużo kostek.

Wykonanie:

  • do głębokiego kieliszka na wino wsyp kilka kostek lodu,
  • do kieliszka z lodem wlej dobrze schłodzone Prosecco, Aperol i wodę gazowaną,
  • całość wymieszaj w kieliszku,
  • gotowy Aperol Spritz udekoruj plasterkiem pomarańczy.

Jak przygotować drinka

Jak sami widzicie, przygotowanie tego drinka nie jest skomplikowane i zajmuje kilka chwil.

UWAGA!

Pamiętajcie jednak, że, mimo iż jest bardzo orzeźwiający to nadal jest to alkohol. Pamiętajcie, że po alkoholu nie prowadzimy samochodu.

Zajrzyjcie do innych blogerów, którzy piszą o alkoholu w ich krajach. To całkiem ciekawa wycieczka.

Chiny:
Biały Mały Tajfun – Alkohol w Chinach

Finlandia:
Suomika – Alkohol w Finlandii

Francja:
Madou en France – Mini przewodnik po alzackich rodzajach win
FRANG – Najlepsze francuskie trunki
Francuskie notatki Niki  –  Apéritif po francusku

Gruzja:
Gruzja okiem nieobiektywnym – Wina z Abchazji

Hiszpania:
Olga Nina – Alkohol w Hiszpanii

Irlandia:
W Krainie Deszczowców –  Alkohol w Irlandii

Japonia:
japonia-info.pl – Czy w Japonii piją sake?

Kanada:
Kanada się nada – BYOB czyli imprezowanie po kanadyjsku. Alkohol w Vancouver

Kirgistan:
Kirgiski.pl – Co pije się w Kirgistanie oprócz herbaty

Niemcy:
Niemiecka Sofa – Niemieckie alkohole
Niemiecki w Domu – Jakie alkohole pije się w Niemczech?
Językowy Precel – Nietypowe niemieckie alkohole
Niemiecki po ludzku – Oktoberfest w Blumenau (Brazylia)

Rosja:
Dagatlumaczy – blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim – Jak się pije po rosyjsku?

Szwecja:
Szwecjoblog – Szwedzkie piosenki biesiadne
Polskie gadanie o szwedzkich rzeczach – Alkohol w Szwecji? Absolut-nie!

Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym – Jak smakuje rakı?

Wielka Brytania:
Angielski c2 – Pubbing in public house
Angielski dla każdego – Alkohole po angielsku

Wielojęzyczne:
Daj Słowo – Czeskie piwo Starobrno i jego historia

Zapisz

#TydzieńZ…Marco Mengonim, czyli nauka włoskiego przez zabawę (dzień 5))

Członkowie fejsbkówej grupy italia-nel-cuore (do której serdecznie zapraszam), zadecydowali, że druga część cyklu #TydzieńZ…będzie z Marco Mengonim. Od dziś (24.07.) przez 5 dni, na blogu znajdziecie do uzupełnienia tekst piosenki (codziennie inna). Piosenki także zostały wybrane przez członków grupy. Zmieniamy jednak trochę zasady. Wpisy będą pojawiać się codziennie na blogu w jednej notce. Nowy wpis znajdziecie zawsze na górze postu. 5. dnia wszystkie pliki znajdą się na górze postu aby w przyszłości łatwiej było je odnaleźć. Zmienia się także coś w samych ćwiczeniach. Mianowicie będą one nie tylko dla początkujących, ale także dla zaawansowanych. Mogę Wam zdradzić tyle, że na pierwszy ogień idzie jutro dość łatwe ćwiczenie na congiuntivo presente. Ale dalej nie będzie już tak łatwo Także klucz do ćwiczeń znajdziecie od razu pod nimi. To co? Zabieramy się za Mengoniego i ćwiczenia języka włoskiego? ps. zapraszam do zabawy także te osoby, które mają w pamięci nadal grudniowy koncert w warszawskiej Stodole


Dzień 5

Marco Mengoni – Bellissimo

Marco Mengoni – Belissimo – ćwiczenia
Marco Mengoni – Belissimo – klucz


Dzień 4

Marco Mengoni – Io Ti Aspetto

Marco Mengoni – Io ti aspetto – ćwiczenia
Marco Mengoni – Io ti aspetto – klucz


Dzień 3

Marco Mengoni – Sai Che

Marco Mengoni – Sai che – ćwiczenia
Marco Mengoni – Sai che – klucz


Dzień 2

Marco Mengoni – Onde

Marco Mengoni – Onde – ćwiczenia
Marco Mengoni – Onde – klucz


Dzień 1

Marco Mengoni – Guerriero

Marco Mengoni – Guerriero – ćwiczenia
Marco Mengoni – Guerriero – klucz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Gramatyka i słownictwo, przyjaciele na wieki.

Poniższy wpis jest zainspirowany moimi ostatnimi obserwacjami, rozmowami i czytanie przeróżnych postów na fejsbókowych grupach dotyczących języka włoskiego. Mowa o nauce gramatyki i słownictwa jednocześnie.

Wyobraź sobie sytuację, w której jesteś bardzo głodny i masz ochotę na coś bardzo niezdrowego, powiedzmy na zupkę chińską z Radomia w proszku. Aby jednak zrealizować swój cel i ją zjeść, musisz zamówić dwa samochody. Jeden będzie wiózł zupkę w proszku, a drugi wrzątek, aby zalać ten chemiczny proszek. Jednak oba samochody wystartowały o różnych porach. W konsekwencji, na metę, na której czekasz, jako pierwszy dojechał samochód (powiedzmy) z wrzątkiem. Niestety nie najesz się od razu. Na samą zupkę musisz czekać długie godziny. Oczywiście doczekasz się w końcu i zjesz ten dziwny wynalazek, ale…

No właśnie, ale co? Jakie ma to znaczenie w nauce języka obcego, a przede wszystkim w nauce gramatyki i słownictwa? Dlaczego ma znaczenie, aby te samochody z wodą i zupką wystartowały o jednej porze?

Samochód-wrzątek to gramatyka, samochód-zupka to słownictwo. Aby dobrze nauczyć się języka, a nie tylko dogadywać, należy uczyć się jednocześnie gramatyki i słownictwa. Nie ma nauki języka bez nauki słownictwa, ale słownictwo jest w jakiś sposób usystematyzowane. Usystematyzowane gramatyką. Powtarzałem, powtarzam i powtarzać będę, że nauka gramatyki jest tak samo ważna, jak nauka słownictwa. Dlatego też te samochody muszą wystartować jednocześnie. Co z tego, że będę znać 1000 słówek, ale będę mówić „Kuba chcieć pić, Kuba mówić źle po włoski, Kuba nie mieć motywacja, Kuba czytać książka, ale nie rozumieć czas przeszły” itd.

Znam z autopsji i z różnych opinii, że nie chce się uczyć gramatyki, wkuwać regułki i zakuwać te nudne pronomi czy inne congiuntivo. Słyszę także, że Włosi przecież nie znają gramatyki, więc, po co my się mamy męczyć. Nie, nie i jeszcze raz nie. To jest błędne myślenie. Włosi znają tak samo swoją gramatykę, jak Polacy gramatykę polską. My, Polacy używamy gramatyki codziennie, używamy trybu przypuszczającego, używamy zaimków dzierżawczych, mówimy w trybie rozkazującym, nie wspominając już o odmianie rzeczowników i czasowników. Podobnie Włosi. Nie rozkminiają czy używają pronomi, condizionale, trapassato prossimo czy congiuntivo. Błędnym założeniem jest też, że Włosi nie znają congiuntivo i używają go źle. Owszem, czasami zdarza się, że używają go źle. Nawet były premier Włoch, Matteo Renzi wygłaszając jakieś przemówienie, publicznie poprawił się, bo źle użył trybu.

Matteo Renzi i jego pomyłka

Aby jednak poznać dobrze język obcy, musimy znać gramatykę języka, bo nie ruszymy dalej. Kolejny argument, który słyszę, że aby nauczyć się języka obcego trzeba mówić, słuchać, czytać. Przepraszam bardzo. Czy książki nie są napisane gramatycznie? Czy nie zawierają tej całej treści gramatycznej? Czy nie znajdziemy tam odmiany czasowników? Co mi po czytaniu książki, jeśli nic z niej nie zrozumiem. Tryb przypuszczający okaże się zwykłym trybem oznajmującym. To przecież zmienia sens całej wypowiedzi. Dlatego należy uczyć się gramatyki równolegle ze słownictwem. Najlepiej ćwiczyć słownictwo na gramatyce, a gramatykę na słownictwie.

Wracając do samochodów, jeśli oba wystartują jednocześnie, szybciej dostaniesz zupkę i nie będziesz musiał czekać na nią, nie wiadomo ile. Oznacza to, że ucząc się słownictwa i gramatyki jednocześnie od początku, szybciej osiągniemy językowe cele.

O nauce gramatyki i słownictwa pisałem także tutaj:
Jak NIE uczyć się języka włoskiego (i w zasadzie każdego innego języka obcego)

Jak nie być Kalim, czyli po co jest nam gramatyka?

Qualche i alcuni – co? jak? gdzie? kiedy?

Porządkując ostatnio notatki po całym roku szkolnym i po przygotowaniach do matury, natknąłem się na kilkanaście małych karteczek, na których są wypisane krótkie acz treściwe rzeczy. Nie wiem czy to miały być ściągi czy ich tworzeniu przyświecał inny cel, w każdym razie postanowiłem od czasu do czasu podzielić się z wami tymi krótkimi informacjami. Są to w głównej mierze gramatyczne rzeczy.

Na pierwszy ogień idą przymiotniki nieokreślone qualche i alcuni.

qualchejakiś, pewien, parę, kilka
alcunikilku, kilka, niektórzy

Aby użyć ich poprawnie trzeba pamiętać o dwóch podstawowych sprawach.

Pierwsza sprawa, po qualche używa się zawsze rzeczowników w liczbie pojedynczej i generalnie nic się nie zmienia.

Np.:
Hai visto qualche film recentemente? > Czy widziałeś ostatnio jakiś film?
Cerco lavoro per qualche settimana. > Szukam pracy na parę tygodni.
Fra qualche ora sarà tutto finito. > Za kilka godzin będzie wszystko skończone.


Sprawa (druga) komplikuje się odrobinę przy alcuni. Po alcuni używa się rzeczowników tylko w liczbie mnogiej oraz rozróżnia się rodzaje, męski i żeński. Musimy wtedy uzgodnić końcówkę Aluni z rzeczownikiem.

Np.:
Non c’è alcuna fretta. > Nie ma żadnego pośpiechu.
L’ho visto alcuni anni fa. > Widziałem go kilka lat temu.

Odmiana: alcuno, alcuna, alcuni, alcune


Podsumowując…

vediamo  alcuni esemp> qualche esempio

alcuni giorni > qualche giorno
alcune ore > qualche ora
alcuni esempi  > qualche esempio

Ho passato la serata con alcuni miei amici. > Ho passatо la serata con qualche mio amico. > Spędziłem wieczór z kilkoma (jakimiś, paroma) moimi przyjaciółmi.

Mam nadzieję, że od teraz różnica między qualche a alcuni będzie dla Was zrozumiała.

cdn.

 

Włoskie wakacje #Bologna #SanMarino

Za nami relacja z Rzymu i Florencji. Czas na Bolonię i San Marino.
Włoskie wakacje #Roma
Włoskie wakacje #Firenze

Bolonia

Po porannych przejściach związanych z noclegiem we Florencji, mieliśmy nadzieję, że tym razem już nic się nie stanie i na spokojnie przyjedziemy do Bolonii, gdzie będzie czekać na nas wspaniały apartament. Na szczęście tak się właśnie stało. Bolonia przywitała nas ciężką pogodą. Nie, nie, nie padało na szczęście, ale było duszno, parno i wystarczyło ruszyć palcem, by oblać się potem. W końcu południe, lato i Włochy. Nie ma co narzekać. Droga do apartamentu ciągnęła się niemiłosiernie w tym skwarze. Jednak sam apartament wynagrodził nam tę męczarnię. W każdym razie mnie na pewno, ponieważ dostał mi się pokój z działającą (!) klimatyzacją. Ten fakt był zbawienny, szczególnie w nocy.

Zwiedzanie Bolonii zaczęliśmy od dwóch wież. Nic dziwnego, punkt wyjścia zwiedzania miasta. Na całe (nie)szczęście wieże były w remoncie i nie można było wejść na nie i podziwiać panoramy miasta. Ilość stopni do pokonania chyba by mnie już zabiła. Szczególnie po wejściu na kopułę bazyliki św. Piotra. Może innym razem się uda.

Co mnie zaskoczyło i przy tym bardzo zauroczyło w Bolonii to arkady. Wszędzie arkady, ciągnące się przez całe miasto, dzięki którym w deszczu czy śniegu można przejść przez miasto suchą nogą. Przy okazji nadają odpowiedni klimat temu miastu.

 

O ile w Rzymie zakochałem się w bocznych kolorowych uliczkach, pełnych ristorante, o tyle w Bolonii, zauroczyłem się nimi. Tutaj również ich nie brakowało, wąskich, kolorowych, typowo włoskich, pięknych. Mógłbym się nimi przechadzać godzinami, dniami i nocami.

Z zabytków największe wrażenie zrobiła na mnie bazylika Santo Stefano. W tym miejscu poczułem historię. Miejsce magiczne, ciche, spokojne. Sarkofagi, groby, tablice pamiątkowe. To wszystko sprawiało, że czułem się, jak bym dotykał historię. Nie, w sumie nie jak bym jej dotykał. Ja ją dotykałem. Mógłbym przechadzać się po ogrodzie godzinami, siedzieć na dziedzińcu przy arkadach, kontemplować życie, rozmyślać. Eh, przeurocze miejsce. Zapomina się tam o bożym świecie.

Jak dla mnie, Bolonia to typowo włoskie miasto, stare z piękną zabudową, z uliczkami wręcz magicznymi. Jeśli będę zastanawiać się nad miejscem, do którego chcę wrócić we Włoszech, to będzie to na pewno Rzym oraz Bolonia.

 

San Marino

Kolejnym marzeniem do spełnienia pozostawało zwiedzanie mojego ukochanego San Marino. Darzę ten kraj szczególnym sentymentem. Zwróciłem uwagę na tę najstarszą republikę świata dzięki Konkursowi Piosenki Eurowizji. O samym San Marino pisałem TUTAJ.

 

Wyruszyliśmy do San Marino (przez Rimini) z samego rana po nocnej burzy, która rozszalała się nad Bolonią. Na szczęście rozpogodziło się, co było dla nas ważne, bo dzięki temu widoki ze wzgórza sanmaryńskiego stały dla nas otworem. W Rimini napiłem się w końcu włoskiej kawy. Przepyszna. Co prawda czasu nie mieliśmy za dużo, aby delektować się jej smakiem, ale wiem jedno, dawno nie piłem tak dobrej kawy.

Kiedy wjechaliśmy do państwa San Marino, moim oczom coraz wyraźniej zaczęło ukazywać się miasto San Marino. Charakterystyczne wzgórze, które znałem tylko z pocztówek i filmów na YT. Moje serce mocniej zabiło i w sumie oczy zrobiły się mokre. Nie wiem, dlaczego, ale San Marino wydawało mi się bardzo odległe, niedostępne i miałem wrażenie, że nigdy tam nie pojadę. Wiem, wiem, to tylko San Marino, ale ja sobie jakoś mocno wyidealizowałem to miejsce. Wymarzyłem. I spełniłem te marzenia.

Co mnie zaskoczyło w San Marino to wszędobylskość Polaków i Rosjan. Na każdym kroku można było usłyszeć język polski. Pomijam już turystów, bo w końcu można przecież po świecie jeździć. Zaskoczenie jednak było duże tym, że w sklepach mówiono łamaną, a nawet czasami bardzo poprawną polszczyzną. Nie wiem skąd ta polskość w tym miejscu. Nawet w jednym miejscu stał „potykacz” przed sklepem napisany po polsku zachęcający do skosztowania kieliszeczka limoncello za jedyne 1 euro. Zresztą pan sprzedawca doskonale mówił po polsku.

Samo miasto zachwyca. Zachwyca porządkiem, ładem, starymi kamieniczkami, pięknymi budowlami, Palazzo Pubblico zrobiło na mnie wrażenie. Wrażenie, ponieważ stałem na placu przed Palazzo i patrzyłem na budynek, który był moim marzeniem, by zobaczyć. Oto ja, biedny, mały człowieczek stoję przed nim. Emocje, emocje, emocje.

Podsumowując całą wycieczkę do Włoch, moją pierwszą, wymarzoną mogę powiedzieć, że spełniłem swoje marzenia. Jestem mega przeszczęśliwy, że mogłem tam być, pojechać, rozmawiać z ludźmi (po włosku rzecz jasna), że mogłem zobaczyć na własne oczy wiele rzeczy, o których uczyłem się na studiach. Zdaję sobie sprawę, że ludzie do Włoch jeździli, jeżdżą i jeździć będą i to nic nadzwyczajnego. Dla mnie jednak była to podróż życia, podróż, o której myślałem latami. Wiecie co? Na prawdę, fajnie jest spełniać marzenia.

Zapisz

Zapisz

„Włoski w tłumaczeniach 3” – metoda nauki słówek (i nie tylko) inna niż wszystkie

Na polskim rynku całkiem niedawno ukazała się 3. część książki „Włoski w tłumaczeniach” na poziomie B1/B2 wydawnictwa Preston Publishing.  Jest to praktyczny kurs, który łączy w sobie ćwiczenie umiejętności mówienia z zagadnieniami gramatycznymi. Zasiadając do 3. części książki, musimy być już na poziomie średnio zaawansowanym w znajomości języka włoskiego, ponieważ znajdziemy tam takie zagadnienia, jak: czas trapassato prossimo, futuro anteriore, passato remoto, pronomi relativi, wszystkie 4 tryby congiuntivo, a także particelle ci i ne oraz stronę bierną. Jak łatwo zauważyć, bez solidnych podstaw nie ruszymy dalej z tą książką.

Na czym polega metoda i jak korzystać z książki? Sprawa jest dość łatwa. Każdy rozdział (a jest ich łącznie 36) składa się z ćwiczeń, w których trzeba przetłumaczyć całe zdania, a nie pojedyncze słowa czy jak to najczęściej bywa, uzupełnić luki w tekście. Na lewej stronie książki znajdziemy zdania po polsku, a na prawej części książki, zdania w języku włoskim, które są tłumaczeniem zdań polskich. Ćwiczenie polega na przetłumaczeniu zdań z języka polskiego na język włoski. Jest to dobra metoda nauki słówek, ponieważ uczymy się ich poprzez kontekst, konkretne zastosowanie, a jak już nie raz pisałem, jest to ważne, by uczyć się słówek w ich naturalnym środowisku, czyli właśnie poprzez kontekst.

Do książki dołączona jest płyta, dzięki czemu tekst pisany możemy usłyszeć, a co za tym idzie, możemy nauczyć się poprawnej wymowy słów, co jest bardzo ważne w komunikacji z rodowitym Włochem. Jak wiemy, język włoski ma milion dialektów. Niemniej jednak autor książki dobrał lektorów bardzo umiejętnie. I tak część pierwszą książki czyta Stefano z Toskanii, drugą – Giuseppe z Sycylii a w trzeciej części (czyli w omawianej) słyszymy Silvia z Lacjum.

Oprócz części do tłumaczenia znajdziemy także część gramatyczną, a bardziej wskazówki gramatyczne do ćwiczeń. Jeśli ktoś szuka dużej dawki teorii, to niestety musi sięgnąć po inne wydanie typowo gramatyczne. „Włoski w tłumaczeniach 3” to nie jest książka do gramatyki. To raczej gramatyka w praktyce. Takie jest założenie książki. Niemniej jednak te wskazówki gramatyczne, które znajdziecie w książce, są bardzo przydatne nie tylko do rozwiązywania ćwiczeń w książce, ale do zastosowania w życiu codziennym, kiedy używamy języka włoskiego.

Książka „Włoski w tłumaczeniach 3” jest przeznaczona dla każdego, kto interesuje się językiem włoskim, uczy się go w szkole publicznej bądź na kursach. Jest też świetnym uzupełnieniem materiału i odskocznią od nudnych ćwiczeń dla samouków. Dla uczniów przygotowujących się do egzaminów, np. maturalnego, jest to świetna alternatywa powtórek.

Pracując z tą książką, należy jednak pamiętać o jednej podstawowej zasadzie przy nauce języka obcego. Tłumaczenie zdań jest tylko propozycją, nie należy uczyć się ich na pamięć i przyjmować, że jest to jedyne słuszne tłumaczenie i że danego zdania nie można powiedzieć inaczej, niż jest to zapisane w książce. Zapewniam Was, że można inaczej przetłumaczyć. Pisze o tym nawet sam autor książki, że chodzi o przyswojenie najważniejszych konstrukcji językowych, opanowanie przydatnych wyrażeń i poznanie melodii języka włoskiego. A przecież wiemy, jak pięknie brzmi język włoski.

Polecam tę książkę wszystkim miłośnikom języka Dantego. A jakie Wy macie doświadczenia z książkami z tej serii z wcześniejszymi poziomami?

 

Włoskie wakacje #Firenze

W pierwszej części moich włoskich przygód pisałem o Wiecznym Mieście, o Rzymie. Po upalnym rzymskim słońcu przyszedł czas na nowe miasto. Tym razem czekała na nas Florencja. Miasto, w którym dzieł sztuki jest tyle ile włosów na głowie, piękne kościoły, place i dom Dantego. Zacznę jednak od początku.

Florencja

Pociąg z Rzymu wyjeżdżał dość wcześnie, bo już o godzinie 6:05. Na szczęście nocleg w Rzymie był bardzo blisko Termini, tak więc nie trzeba było zrywać się o 4 rano, żeby zdążyć na transport. Po mniej więcej godzinie drogi dostaliśmy pewną wiadomość. Powiem szczerze, że takiej wiadomości nie życzę najgorszemu wrogowi. Okazało się, że właściciel apartamentu anulował naszą rezerwację, tłumacząc się tym, że jest awaria wody w apartamencie i nie może nas przyjąć. Nie muszę chyba mówić, jak wszyscy byliśmy zdenerwowani, żeby nie napisać gorzej. Postanowiliśmy jednak poczekać, pójść na miejsce i zobaczyć, o co właściwie chodzi.

Po ok. prawie 30 minutach dreptania przez poranną Florencję dotarliśmy na miejsce. Niestety spełnił się nasz najczarniejszy sen. Apartament zamknięty, nikogo nie ma, a my nie wiemy co robić i przede wszystkim nie mamy gdzie spać. Po wykonaniu kilku telefonów właściciel powiedział, że w zasadzie to on nam pomóc nie może, kasa za apartament została nam oddana oraz mamy zgłosić się do innego hotelu, który on nam proponuje. Uznaliśmy więc, że w nowym miejscu o wszystkim wiedzą, pójdziemy tam i będzie po sprawie. Walizki w dłonie i w drogę.

Wskazany hotel okazał się na drugim końcu miasta. Po wejściu na recepcję dowiedzieliśmy się, że w zasadzie to oni nic nie wiedzą, to zupełnie inny hotel, niemający nic wspólnego z naszym poprzednim miejscem noclegowym i w dodatku jest w wyższym standardzie niż to, co mięliśmy zarezerwowane poprzednio. Co za tym idzie, jeśli chcemy zostać, musimy dopłacić. W sumie to zapłacić. Po wyliczeniu pani pokazała nam kalkulator z kwotą. Mh…jedyne 400 euro. Kolejne więc poruszenie w naszej grupie, co robić, co załatwić. Po wykonaniu kilkunastu telefonów przez naszego Szefa grupy mogliśmy w końcu zostać w nowym miejscu. Owszem, 400 euro zapłaciliśmy, ale w sumie wyszliśmy na zero, ponieważ jakoś tak to zostało załatwione, że ktoś coś odda, ktoś coś wyrówna i summa summarum my wyszliśmy na zero. Ogólnie sprawa została pozytywnie dla nas załatwiona. Niestety okazało się, że to wcale nie woda była przyczyną anulowania naszej rezerwacji. We Florencji odbywał się koncert Radiohead i pan od apartamentu postanowił zarobić więcej, sprzedając apartament o wiele wyżej, niż my mu zapłaciliśmy. Taka sytuacja.

Co prawda wcześniej mieliśmy mieć 3 pokoje dwuosobowe, a tu dostaliśmy jeden dla wszystkich, to i tak byliśmy szczęśliwi, że mamy gdzie spać. Odświeżeni, wyszliśmy z wielkim opóźnieniem na miasto na zwiedzanie. Tłumy we Florencji niemiłosierne. Co się dziwić. W końcu to Florencja. Miasto, które niestety nie zachwyciło mnie tak jak Rzym. Owszem, miasto przepiękne, miasto sztuki i wyższej kultury. Miasto przebogate w historię. Jakoś nie poczułem tego miejsca. Może trochę był to wynik porannych zawirowań. Nie wiem.

Katedra Santa Maria del Fiore, Baptysterium Jana Chrzciciela, Galeria Uffizi, Palazzo Vecchio, Pałac Pitti, Piazza Della Repubblica i Ponte Vecchio. Między innymi te zabytkowe miejsca zwiedziliśmy. Nie byliśmy w środku Galerii Uffizi i powiem szczerze, że jakoś specjalnie nie żałuję. Może według wielu z Was teraz bluźnię, ale jakoś nie ciągnęło mnie do środka. Owszem, nie mówię, że nigdy tak już nie będę, ale na ten moment jakoś po prostu chyba nie czuję potrzeby. Nie zmienia faktu, że rzeźby przed Galerią, robią wrażenie.

Florencja to miasto, w którym spróbowałem pierwszy raz włoskich lodów. Były bardzo smaczne, ale czy urywały…no wiecie co, to nie powiedziałbym. Porównywalne można znaleźć w Polsce. Zaskoczyła nas obsługa tej cukierni-lodziarni. Przesympatyczny właściciel i (chyba) jego córka. Zapytał, skąd jesteśmy i jak usłyszał, że z Polski to od razu podchwycił temat i zaczął rozmawiać z nami o drużynach sportowych, które zna z Polski. Naprawdę to było bardzo miłe, a sam Włoch przesympatyczny i przemiły.

Najciekawsza sytuacja z Florencji, jaką zapamiętamy na długo to wizyta w pewnej restauracji, w której pragnęliśmy się trochę schłodzić i ożywić, bo pogoda nas rozpieszczała aż za bardzo. Obsługiwała nas pewna młoda, piękna dziewczyna, ciemne włosy, ciemna skóra. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie była rdzenną Włoszką. Oczywiście kompletnie nam to nie przeszkadzało. Poza tym mówiła pięknie po włosku, była przesympatyczna. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że przynosząc nam zamówione zimne piwo, stawia na stole i mówi do nas z uśmiechem oraz poprawną polszczyzną „proszę”. Okazało się, że Yana (bo tak ma na imię), pochodzi z…Białorusi. W życiu nie wpadlibyśmy na to. Oczywiście uznaliśmy, że rozumie język polski i na wszelki wypadek ściszyliśmy nasz głos.

Największą atrakcją dla mnie było znaleźć się w miejscu, w którym mieszkał Dante Alighieri. Ten jeden z najważniejszych włoskich pisarzy, twórca „Boskiej Komedii”, urodził się we Florencji. Jego zaangażowanie polityczne poskutkowało wygnaniem z Florencji. Opuścił ją na zawsze, ale nadal to miasto wiąże się z Dantem. Dom Dantego to jedno z tych miejsc we Włoszech, o których marzyłem, by stanąć przed nimi choć na chwilę. Marzenia się spełniają. Oto ja maluczki człowiek z Polski, stoję przed domem Twórcy „Boskiej Komedii”. Ciekawostką jest to, że jest na placu przed domem pewna płyta. Kiedy poleje się ją wodą, naszym oczom ukazuje się głowa samego poety. Niestety, obok tej płyty kręciła się kobieta, która za wrzucenie pieniążka do kubeczka, polewała wodą płytę, przez co spokojnie nie można było zrobić foto. Oczywiście ta atrakcja jest bezpłatna.

Podobnie jak w Rzymie, Florencja bogata jest w przepiękne, malownicze uliczki, którymi można chodzić, chodzić i nie ma się dość.

Podsumowując florenckie zwiedzanie, mogę powiedzieć, że ogółem byłem zadowolony. Jak napisałem jednak na początku, nie zakochałem się w tym mieście, nawet chyba nie zauroczyłem. Na ten moment, traktuję to miasto jako „przyjechać – zwiedzić – wyjechać – nie wrócić – ewentualnie wrócić kiedyś tak”. Chcę być z Wami bardzo szczery, jeśli chodzi o moje odczucia co do miejsc we Włoszech, które odwiedziłem po praz pierwszy.

 

cdn.

Zapisz

Zapisz

Zapisz